Wojewódzki IKEA i Bóg

with 2 komentarze

 Historia o tym, jak spotyka się Boga, nie za bardzo mając na to ochotę :)

Kiedy sobie spisuję tę historię mam 33 lata, jest lipiec, i mocno świeci słońce, ale sama historia wydarzyła się prawie 15 lat temu, gdy miałam lat 19. :)

Mówią, że trzeba uważać, co umieszcza się w Internecie, bo Internet pamięta wszystko. Uff, to wspaniale, ta historia jest tak piękna i niesamowita, niech zostanie w Internecie na zawsze :) Kiedy nacisnę ENTER, mogę umierać!

Gdybym wpadła jutro pod ciągnik, nie żałowałabym, że nie zrobiłam więcej projektów (jestem projektantem wnętrz), ani, że nie miałam super faceta (nie mam), oraz extra dzieciaczków (nie mam), albo własnego mieszkania (nie mam), ale żałowałabym, że jej nie spisałam :) Wiele osób ją słyszało, ale też wiele osób chciało usłyszeć, a nigdy nie usłyszało :)

Dlaczego 15 lat zajęło mi  by ją spisać? Z różnych powodów, które właściwie nie są zbyt istotne. Ale możecie również zapytać Izraelitów dlaczego 40 lat wędrowali wokół Ziemi Obiecanej zamiast po prostu do niej wejść? :P Myślę, że ich odpowiedź w ciemno będzie pasować do mojej sytuacji – natura ludzka jest uniwersalna i ponadczasowa.

O czym piszę? O tym dlaczego jestem „wierząca” ( w ogóle „wierząca w co?”;).
Często słyszę: „Jak taka fajna, inteligentna dziewczyna może wierzyć w takie bajki?” :D No więc właśnie, brakującym elementem tego równania jest poniższa historia.

Doświadczyłam czegoś, co sprawia, że wiara w Boga, w Jezusa, nie jest dla mnie intelektualnym samobójstwem, tylko właściwie najbardziej racjonalną i najlepszą decyzją, jaką w życiu podjęłam. Co więcej, w Boga można nie tyle wierzyć, co Go znać, poznawać i żyć z Nim w relacji, a nawet słyszeć Jego głos. Szok? No właśnie :D Dlatego nie mogę o tym nie mówić!

Było tak:

 Magda dziecko

Jak dużo moich rówieśników, pochodzę z rodziny katolickiej, religijnej i tzw „chodzącej do kościoła”. Jako dziecko i nastolatka obserwowałam dwa podziały, jeśli chodzi o światopogląd ludzi mnie otaczających:

  1. Pierwszy:  istnieje grupa ludzi, którzy wierzą w Boga (jakkolwiek Go/go definiować), i którzy jako wyraz swojej wiary chodzą do kościoła;
  2. Druga grupa: nie wierzą w Boga/boga, więc nie chodzą do kościoła, również jako potwierdzenie swojego światopoglądu.

Przy czym ci pierwsi chodzą do kościoła katolickiego, bo akurat urodzili się w kręgu tradycji judeochrześcijańskiej, a gdyby przyszło im żyć np w kręgu kultury arabskiej – byłby to meczet, i analogicznie inne przybytki w innych kręgach kulturowych. W myśl teorii, że Bóg jest jeden wszędzie ten sam, ale różnie Go/go ludzie nazywają na różnych częściach globu.

A drugi podział, który obserwowałam:

  1. Ludzie, którzy chcą „być dobrzy”, i jako wyraz tego – chodzą do kościoła,
  2. Tzw. „źli” – oni nie chodzą.

Jak również zauważałam odrębną kategorię:  ludzi tzw. „dobrzy”, ale niechodzący do kościoła.

Jak również jeszcze jeden podział: komuniści nie chodzą do kościoła, a antykomuniści chodzą. Ja jestem rocznik ’84, więc jako świadoma dorosła osoba nie doświadczyłam bezpośrednio czym był komunizm, jednak atmosfera jaka panowała w moim domu rodzinnym, wśród znajomych mojej rodziny, bliższych i dalszych – udzielała mi się i, z perspektywy dziecka mogę tylko powiedzieć, że ten podział był wyraźny.

Magda nastolatka

Jako dziecko chodziłam do kościoła, bo tego ode mnie wymagano, ale nie buntowałam się też jakoś bardzo. Natomiast, gdy byłam już starsza (pewnie okres 12-14 lat) stojąc w moim osiedlowym kościele pomyślałam, że nic z niego nie rozumiem, że jestem w nim jakoś totalnie pogubiona – tu jakiś obraz, tam jakiś święto, tu jakieś święto, tam Bóg, tu Jezus, tam majówka… Miałam obraz karuzeli, która się kręci, ale ja nie mogę na nią wsiąść, ponieważ nikt nie zatrzymał się, żeby wyjaśnić mi o co chodzi.

To nie była jakaś dojmująca myśl, ale takie ogólne spostrzeżenie: nic nie rozumiem.

Pamiętam też takie migawki z mojego dzieciństwa (być może porozrzucane na przestrzeni kilku lat):

  • pamiętam, jak siedziałam z tatą w salonie i miałam jakieś pytania odnośnie religii i mój tata powiedział, że nie wie i żebym poszła z tym do księdza:) Nie poszłam do żadnego :) Chyba żaden nie wydawał mi się wystarczająco sensowny i życzliwy, ale z perspektywy czasu wiem też, że nie byłam wtedy jakoś specjalnie zdeterminowana. Byłam ciekawa, tak jak dziecko jest ciekawe wielu spraw, ale zapytać taty to był maksymalny wysiłek, jaki byłam w stanie podjąć :)
  • miałam też ogólne wrażenie, że ani moja rodzina, ani nikt ze znajomych czy dalszej rodziny, nie wie dlaczego wierzy.  Jest to po prostu jakiś pogląd, i po śmierci się okaże „czy mieliśmy rację”. I to uczucie, że nikt wokół mnie nie wie dlaczego wierzy, i że wygląda na niespecjalnie zainteresowanego tym, aby się dowiedzieć było dojmujące, lekko szokujące i zastanawiające..

    Jako dziecko mieszkałam w wielopiętrowym bloku, w którym było bardzo wiele rodzin. I każdej niedzieli widziałam, jak wszyscy wędrują do kościoła. Ale miałam takie nieodparte wrażenie, że to skupienie na kościele jest tylko w niedzielę, i tak, jak w górach przez chwilę otwiera się  tzw „okienko pogodowe”, tak i w naszym życiu to „okno pogodowe” jest w niedzielę. Poczucie, że dla Boga i religii jest niedziela, a potem rozpoczyna się normalne prawdziwe życie.
    I to było dla mnie szokujące – że ta wiara nie ma przełożenia na życie.

  • Miałam taki obraz w głowie, wyobraźcie sobie:
    ktoś wierzy, że będzie huragan. Nie ma jakiegoś potwierdzenia, ale na jakiejś podstawie wierzy – więc, jeśli naprawdę wierzy to przygotowuje się do niego: sprząta jakieś rzeczy do szopy, robi zapasy, może ostrzega innych.
    A ja miałam takie poczucie, że raczej nikt nie wierzy w to, co mówią w kościele, tylko w ogólne pojęcia Boga.
    Pamiętam takie szokujące spostrzeżenie: nikt nigdy nie powiedział do mnie: „Magda, robię tak, a tak; zrobię tak, a tak – bo uważam, że Bóg tak myśli. Albo: robię tak, a tak – bo tak jest w Biblii.” Albo, że w ogóle robię coś konkretnego, bo w to wierzę.

    Jedyne, co widziałam to chodzenie do kościoła i przestrzeganie świąt. Oraz, chce to zaznaczyć bardzo wyraźnie, ogólna chęć bycia dobrym dla innych ludzi. Chcę to powiedzieć bardzo wyraźnie: moi rodzice są/byli (tata już nie żyje) – tzw dobrymi ludźmi, mój tata był hojny, pomagał tam, gdzie nie musiał, był sprawiedliwy, wrażliwy na krzywdę innych. Moja mama też. Ale widziałam niewierzących, którzy też są dobrzy.
    Więc chodziło mi o coś innego.. coś więcej..
    Bo co właściwie sprawia, że w niedzielę idziesz do kościoła, a nie do muzeum? Jaka jest różnica?

    Czyli reasumując: nikt nie sprawiał wrażenia, jakby wiedział dlaczego wierzy.

  • pamiętam też taką sytuację, gdy idąc wraz z moją kuzynką po cmentarzu (nasi dziadkowie są tam pochowani) zauważyłyśmy pogrzeb i stwierdziłam coś w klimacie: „Kurcze, czemu oni tak lamentują, przecież podobno wierzą w życie wieczne?” Wiem, że trochę hardcore’owo, i sama pochowałam tatę, jednak właśnie nigdzie potrafiłam znaleźć wiary.

Wiem, że prędzej czy później, to świadectwo przeczyta ktoś z mojej rodziny, więc chciałabym wyraźnie powiedzieć, że moim celem nigdy nie było kogoś obrazić, ani zranić :) Jednak jest to moja historia, i musi być opowiedziana z mojej perspektywy :)

Wiecie jakie są dzieci :) Z jednej strony „nie wiedzą, co to prawdziwe życie”, ale właśnie z drugiej strony, ponieważ nie mają nic do stracenia, nie wiedzą co to temat tabu etc – właśnie dlatego tak łatwo im powiedzieć, że „król jest nagi” :)

Czasem też myślę, że ten okres, kiedy młodzi ludzie są szczerzy i bezpardonowo mówią, co myślą jest jednym z powodów, dzięki którym cywilizacja leci do przodu. Każde pokolenie rewiduje to, co było do tej pory, choć przez chwilę ma na to odwagę, wolne od strachów, leków i obaw, wolne od stereotypów, nie ma jeszcze nic do stracenia, nic do zyskania, nie musi się przyznawać do błędów, bo jeszcze ich nie popełniło etc. Mówią jak w pokerze: „Mamo, tato, sprawdzam, karty na stół”.

A wracając do mojej historii: gdzieś w okolicach liceum zrezygnowałam z regularnego chodzenia do kościoła. Miałam takie poczucie, że jeśli Bóg/bóg istnieje, to obrażam Go/go tym brakiem wiedzy/wiary/chęci/szczerości. Jeśli nie wiem czy wierzę, nie wiem o co tam chodzi, to po co tam chodzę?
Miałam takie poczucie, że jeśli ktoś mnie zaprasza na przyjęcie, albo na swoje urodziny, to jeśli nie jestem zainteresowana/nie robię szczerze tych rytuałów, to lepiej już żebym nie poszła. Nie chciałam śpiewać tych mocnych tekstów, w które nie wierzyłam.

Taka trochę pokręcona forma uczciwości wobec siebie, ale też wobec tego Boga/boga, o którym nie wiedziałam, czy istnieje. Taki szacunek dla kogoś, na wszelki wypadek, gdyby istniał. Jak również chyba też chęć bycia autentycznym.

teraz uwaga!

Teraz będzie coś lekko abstrakcyjnego, skupcie się! (pamiętajcie też, że jeszcze wciąż wędrujecie po świecie nastolatki:D)

Trudno mi to umiejscowić w czasie, ale na pewno było to w czasach wczesnego liceum. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że: „Nie wiadomo, o co chodzi w życiu, ale najważniejsza jest mimo wszystko prawda. Że należy dążyć do robienia rzeczy, które są autentyczne, oparte na szczerości, nawet jeśli ich ogólna suma ostatecznie nie będzie imponująca i może skromniejsza, niż wtedy, gdy ściemniamy”. Czyli takie tam przemyślenia nastolatki (śmiech).

To był mój światopogląd, oparty na jakiś takich niejasnych przeczuciach, i od tamtego momentu było to dla mnie ważne i zawsze z tyłu głowy miałam tę myśl.

A potem, pewnego dnia w moje ręce trafił taki cytat: Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.” I pomyślałam: „To jest to!!!” Nawet nie wiedziałam, o co dokładnie chodzi ( od czego niby miałaby nas wyzwolić?), ale miałam takie poczucie: „Idealna synteza tego, co myślę.”
Ten cytat jest z Biblii, nie wiem skąd go znałam, ale żyjemy w kręgu kultury judeochrześcijańskiej, więc wiadomo, że, czy chcemy, czy nie, te cytaty z Biblii latają po świecie. Najpierw zorientowałam się, że jest z Biblii, potem, że powiedział to Jezus. Ale nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Pomyślałam tylko coś w stylu: „Kurcze, świetnie ujął to, co myślę!” I tyle.

Musicie też wiedzieć, że jako dziecko byłam bardzo zaczytana i zakochana w książkach (na wagary uciekałam do biblioteki;)), i byłam wyjątkowo w związku z tym wrażliwa na słowa. Pamiętam nawet, że hasło: „prawda wyzwala” tak bardzo mi się spodobało i tak bardzo zrobiło na mnie wrażenie, że w wielu miejscach miałam poustawiane je jako hasło dostępowe do różnych kont etc (spokojnie, już zmienione). Nie jest nieznana nikomu skłonność ludzka wpakowywania do haseł bankowych imion osób, które kochamy, lub rzeczy, które są dla nas ważne (a co, jak wiadomo, jest oczywistym błędem, ze względu na hakerów).

Tak więc, dla wielu najważniejsza była Miłość, albo inny, konkretny człowiek, a dla mnie ta Prawda.

sierpień & wrzesień 2003 (Młodzież z misją)

To, co przeczytaliście wyżej działo się w bliżej nieokreślonej czaso-przestrzeni licealnej, a to, co teraz napiszę potrafię już dokładniej umiejscowić w czasie: był to sierpień i wrzesień 2003, czyli tuż po mojej maturze, i tuż przed rozpoczęciem moich pierwszych studiów (kulturoznawstwo międzynarodowe).

Miałam bliską koleżankę, Gosię. Znałyśmy się od wczesnego dzieciństwa, chodziłyśmy również razem do tego samego liceum, które właśnie się kończyło. Wiedziałam o Gosi, że od jakiegoś czasu należy do jakiegoś nieznanego mi protestanckiego kościoła w Krakowie.
W wakacje 2003 do ich kościoła przyjechała jakaś grupa misyjna z USA, i młodzież z kościoła tej mojej koleżanki, była ich tłumaczami i generalnie towarzyszyła im w Krakowie w czasie ich pobytu. Ponieważ nie miałam jakiś specjalnych planów na wakacje w tamtym czasie, dołączyłam do nich i spędzałam z nimi czasem czas.

Co robili ci „misjonarze” w Krakowie? M.in. przedstawiali na krakowskim rynku wątpliwej jakości pantominę (śmiech). Pantomina, z tego, co pamiętam przedstawiała Ewangelię, a potem  po wszystkim rozmawiali  z przechodniami o Bogu, czasem modlili się razem z nimi.

Nie minęło wiele czasu, zanim zorientowałam się, że ludzie których właśnie poznałam (zarówno ci młodzi Amerykanie, jak ludzie z kościoła mojej koleżanki), są pierwszymi ludźmi, których spotykam, którzy wiedzą, dlaczego wierzą. Było to dla mnie oczywiste. Oni coś wiedzą!

I teraz.. jeśli myślicie, że rzuciłam się na nich z moimi pytaniami z dzieciństwa, to… bardzo się zawiedziecie.

O nie! Dla mnie było już za późno.

Dlaczego?

Ponieważ moje serce, i mój umysł były już inne. Ciekawość, jaką miałam jako dziecko była bezinteresowna i niewinna. Jako dziecko żyłam w poczuciu bezpieczeństwa i miłości, nie sądziłam, że mogę coś stracić. Bóg nie kojarzył mi się z kimś, kto cokolwiek zabiera.

Natomiast teraz miałam już te 19 lat, byłam dorosła, właśnie zaczynałam swoje pierwsze studia. Teraz Bóg kojarzył mi się już z etyką, z podporządkowaniem się, z wymaganiami. Z nudnym smutnym życiem. Ze współdecydowaniem o tym, co mogę robić, a czego nie. A ja chciałam żyć po swojemu. Miałam te 19 lat, i nie chciałam, żeby moje życie się skończyło, zanim w ogóle się zacznie! (śmiech)

Dlatego… nie zadawałam im żadnych pytań, ponieważ szczerze mówiąc, nie chciałam usłyszeć odpowiedzi.

naiwne pytanie

Tak więc bujałam się z nimi, ciesząc się, że mogę pospędzać trochę czasu z anglojęzycznymi nieznajomymi, ale nie wnikałam za bardzo w szczegóły.

Któregoś dnia, po którejś z pantomin, zamyślałam się. Gosia, która stała koło mnie, po dłuższej chwili milczenia (a być może, aby przełamać to milczenie) zadała mi pytanie:

  • Magda, czy chciałabyś się pomodlić?

Milczałam znów dłuższą chwilę, a potem zgodnie z prawdą, odpowiedziałam:

  • Nie wiem, czy w ogóle mogłabym się pomodlić, bo nawet nie wiem, czy wierzę w Boga.

A Gosia (właściwie nie spodziewałam się już żadnej odpowiedzi), odpowiedziała:

  • A co by musiało się stać, żebyś uwierzyła?

Byłam zszokowana! Kilka tysięcy lat kultury, najważniejsze pytanie ludzkości „Czy Bóg istnieje, oraz kim jesteśmy?” pozostają bez odpowiedzi od setek lat, jest oczywiste, że nie ma na nie odpowiedzi, bo wszystko pozostaje w sferze opinii i poglądów, najtęższe umysły badają tę kwestię, a tymczasem tutaj ta moja koleżanka z dzieciństwa sugeruje, że Bóg coś może udowodnić! (śmiech)

Wiecie jak to jest, gdy jakiś Wasz znajomy, albo bliska osoba, na której Wam zależy, mówi coś naiwnego albo dziecinnego, a Wy nie chcecie go urazić? Ja wychowałam się w takim domu, gdzie w takich sytuacjach, należało spróbować się uśmiechnąć, a następnie dyplomatycznie zmienić temat rozmowy.

Tak też zrobiłam. (śmiech)

analiza naiwnego pytania :)

Jednak, ponieważ mam dosyć analityczne myślenie, i uwielbiam główkować oraz dyskutować nad różnymi kwestiami; jakiś czas później pochyliłam się nad tym jej pytaniem, i nad ogólną kwestią Boga/boga.
Bardziej oczywiście dla sportu, i czysto teoretycznie, bo jak już napisałam wcześniej, z żadnym ewentualnym Bogiem nie chciałam mieć wtedy do czynienia.

Tak więc zaczęłam krytycznie analizować temat, zaczynając od podstaw:

  1. Ateizm/agnostycyzm

Otaczało mnie wielu inteligentnych ludzi, i dla wielu z nich, ateizm był szczytowym osiągnięciem ludzkiej inteligencji i błyskotliwości. Mimo całej mojej fascynacji ludzkim umysłem, musiałam przyznać, że takie myślenie nie jest logiczne. Uważałam, że ateizm jest raczej myśleniem życzeniowym, a zdrowo-rozsądkowe i uczciwe podejście to agnostycyzm.

Ponieważ na jakiej podstawie można stwierdzić, że Boga nie ma? Czy umarłeś i wróciłeś z zaświatów? Posiadłeś tę wiedzę?

Można mieć taką opinie, pogląd, komuś może się „tak wydawać”, ale nie mamy wiedzy na ten temat.

I mimo, ze sama uważałam się za osobę inteligentną, musiałam uczciwie przyznać, że Bóg istnieje lub nie istnieje, niezależnie od tego, co mi się wydaję, ani jaki mam światopogląd. Właściwie, nie ma to żadnego związku.
To, że jakaś Basia w Niego wierzy, nie powoduje, że Bóg nagle zaczyna istnieć; tak samo, jak to, że jakiś Rafał w Niego nie wierzy, nie powoduje, że Bóg przestaje istnieć.
Nie stwarzamy Boga, i nie możemy go też unicestwić.

Tak więc, odrzuciłam ateizm, jako przejaw myślenia życzeniowego.

Bardziej zdroworozsądkowa wydała mi się postawa agnostyczna – czyli nie wiemy, czy jest Bóg. To uczciwe podejście.
I właściwie pytanie w tej całej dyskusji brzmiało dla mnie: „Czy, jeśli nie wiemy czy jest Bóg, to jeśli jest – czy można się tego dowiedzieć?” To pytanie wydawało mi się najwłaściwsze.

2. Różnorodność religii

Kolejna kwestia: ponieważ istnieje wiele rożnych systemów religijnych na świecie, widziałam, jak wielu ludzi ma pogląd:
„Bóg jest wszędzie taki sam, konkretna religia nie ma znaczenia”.
oraz:
„Nie można mieć monopolu na prawdę”. „Prawda jest względna”.

Tutaj również widziałam, że jest to myślenie bardziej życzeniowe, niż oparte na zdrowym rozsądku.

Dlaczego?

Ponieważ argument o „monopolu na prawdę”, byłby sensowny tylko wtedy, gdyby wszystkie te religie dotyczyły tylko spraw po śmierci.

Tymczasem, podstawą np chrześcijaństwa i główną osią sporu pomiędzy judaizmem i chrześcijaństwem, jest fakt z przeszłości. Życie i śmierć jednego człowieka. Chrześcijanie twierdzą, że Jezus żył, ale gdy umarł, po śmierci zmartwychwstał. A Żydzi twierdzą, że tak nie było  i wciąż czekają na Mesjasza.
Wiec jak to możliwe, że obie strony znają prawdę? Niemożliwe :)

Tak więc, czy mi się to podoba, czy nie, ktoś jest w błędzie..

To się zdarzyło albo nie. Nie ma dwóch prawd na ten temat. Nie jest możliwe, że obie religie opierają się na prawdzie.

Popatrzcie na analogię:
Czy jeśli ja tydzień temu byłam w Kefirku po bułki i ananasa, to czy to jest prawda obiektywna? Tak.
Czy to ,że ktoś w to nie wierzy sprawia, że ja nie byłam w tym Kefirku? Nie.
Czy, jeśli 1000 osób będzie twierdzić, że nie byłam, a 2 ze byłam, czy to zmieni fakt z przeszłości? Nie.
Czy to, że ja zapomnę, że tam byłam, zmieni sam fakt, samo wydarzenie? Też nie.

Wydarzenia, oraz fakty z przeszłości sprawdzamy. I teraz pytanie tylko, czy można to sprawdzić? Właściwym pytaniem jest, czy można się dowiedzieć, jak naprawdę było?

Doszłam więc do wniosku, że tak jak w polityce mamy tzw „polityczną poprawność”, tak samo w kwestii światopoglądu istnieje „religijna poprawność”. Ja jestem z natury ciepłą osobą i kocham ludzi, ale pogląd, że wszystkie religie są takie same, miał dla mnie niewiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.
Wydaje mi się, że jest to kwestia raczej braku refleksji nad tematem, ogólnej wygody, i braku gotowości wzięcia odpowiedzialności za sprawdzenie, czy da się dojść do prawdy.

Ja oczywiście, też nie zamierzałam się wychylać (śmiech), ale widziałam wyraźnie, że w kwestiach Boga większe znaczenie, niż intelekt ma raczej kwestia naszej niechęci czy wygody.

3. Wszystko jest możliwe

Musiałam też przyznać sama przed sobą, że wszystko jest możliwe.

Że jest możliwe, że jeśli istnieje ten Bóg, to jest możliwe, że On chce się z nami skontaktować, że jest możliwe, że sposób, który wymyślił jest banalny i prosty, ponieważ chciał, żeby był ogólnie dostępny i banalnie prosty, czyli, że np ma być to banalna książka typu Biblia/ Koran etc.
Jak również, że, jeśli tak naprawdę jest, to niestety zadaniem już tego Boga jest przekonanie mnie o tym.

Bo jak inaczej miałabym oprzeć całe swoje życie, np na Biblii?

jakie są opcje?

Po tym, jak przyjrzałam się fundamentom, poszłam o krok dalej i zajęłam sie faktycznym pytaniem Gosi. Oczywiście również tylko teoretycznie.

Co by musiało się stać, żebym uwierzyła w Boga? Puściałam wodze fantazji, i przeanalizwałam jakie są dostępne opcje dla ludzkości: :D

  1. Znaki – Czy, jeśli się pomodlę „Boże, objaw mi się, a jako znak, niech w to oto drzewo strzeli piorun?” – czy jeśli ten piorun by faktycznie strzelił, czy to by mnie przekonało?
    Odpowiem krótko:
    NIE. Odpada.
    Takie myślenie obrażało moją inteligencje :D Jak można oprzeć całe swoje życie na czymś, co jest tylko przypadkiem? Odpadało, to nie dla mnie.
  2. Słyszałam o człowieku, który uwierzył w Boga, ponieważ zachwycił się pięknem przyrody? Odpada:D
  3. Bóg musiałby mi odpowiedzieć na wszystkie moje pytania i wątpliwości – tak, wtedy mogłabym uwierzyć. Ale jak wiadomo, nie ma odpowiedzi na pytania, więc ta opcja również odpadała.
  4. Ponieważ wszystkie opcje odpadły, jedyna jaka mi została to: „Bóg musiałby mi się osobiście objawić” Zaśmiałam się.
    Oczywiście musiałam założyć, że jest to możliwe, ale prawdopodobieństwo, że spotka to akurat mnie było znikome.

Ponieważ opcja nr 4 odpadała, wróciłam do opcji nr 3, jako mojego oficjalnego stanowiska, przekonana, że oto dotarłam do końca analizy tematu i zostaję agnostykiem. Voila!

Dlatego następnym razem, gdy spotkałam się z Gosią, nawiązałam do tamtej naszej rozmowy i odpowiedziałam coś w stylu:

  • Bóg musiałby odpowiedzieć na wszystkie moje pytania!
  • To je zadaj. Możesz zadać pytania Bogu.

Padłam! Znowu to samo! Wariatka! :))) Jakie zadawanie pytań i odpowiedzi?! (śmiech) Wiedziałam, że nie ma odpowiedzi. Tyle osób żyło przede mną, tylko znanych wybitnych umysłów, i nagle ja mam dostać odpowiedzi?

Akcja dyplomatycznego uśmiechu znowu poszła w ruch i  nie ciągnęłam już tematu.

Ewa

Ale potem znów wróciłam do siebie, i dotarło do mnie, że dopóki nie zadam tych pytań, i dopóki sama osobiście nie doświadczę, że na te pytania nie ma odpowiedzi, to nie mogę mieć światopoglądu pt: „nie ma odpowiedzi na te pytania”. Wiedziałam, że kwestie dotyczące życia i śmierci są tak ważne, że nie mogę polegać w nich na opinii innych, nawet najbardziej inteligentnych ludzi na świecie, ani na tym „co mi się wydaje„.

Było dla mnie jasne jak słońce, że oto spotkałam ludzi, którzy mogą odpowiedzieć mi na te pytania, a przynajmniej na część z nich. I dopadła mnie ta moja dewiza życiowa, że w życiu najważniejsza jest prawda i uczciwość, i miałam poczucie, że jeśli teraz nie zadam tych pytań, to tę swoją dewizę życiową o prawdzie i uczciwości mogę sobie wyrzucić do kosza!

A wtedy zostanę z niczym.

A to było wszystko, co miałam. Mój jedyny azymut w życiu.

Jedni szukają w życiu miłości, a dla mnie najważniejsza była właśnie ta Prawda. Nie chciałam stracić prawa do Niej, tak jak nie chce się stracić ukochanej Osoby.

I nagle stanęłam przed wyborem, czy, gdy oto mam szanse zapytać ludzi, którzy, wydaje się, że wiedzą coś o Bogu, to czy podejmę to ryzyko i to zrobię, czy nie.

Bardzo, bardzo nie chciałam.

Mojej sytuacji nie polepszał też fakt, że wśród znajomych Gosi była jedna dziewczyna – Ewa (pozdrawiam :D), która była w moim odczuciu bardzo inteligentną osobą, o szerokich horyzontach, a która była wierząca!  Jak to możliwe, że jej inteligencja nie kłóciła się z jej wiarą?! Ten kontrast, aż bił po oczach… Skoro więc i ja i ona, obie byłyśmy inteligentne, a Ewa nie była psychicznie chora (śmiech – tu szczególnie pozdrawiam! :D), i jej intelekt pozwalał jej wierzyć, więcej: wierzyć w Jezusa (szok!), to z mojego równania wynikało, że ona wie coś, o czym ja nie wiem.

A ja tak bardzo bardzo nie chciałam się dowiedzieć! Nie chciałam nic zmieniać w swoim życiu.

ciężar decyzji

Byłam świadoma tego, że będę musiała podjąć decyzję dotyczącą tego, czy zdecyduję się poszukać odpowiedzi.

Na początku jednak ten dylemat nie miał dla mnie dużej wagi – ot, taki dylemat moralny.

Odciągałam jego decyzję w czasie, tak jak w liceum odciągało się wykonanie zadania z matematyki zadanego już dawno dawno temu. Jednak, i deadline zadania w szkole, i deadline mojej decyzji zbliżał się nieuchronnie. Z dnia na dzień, zaczęłam odczuwać coraz większy ciężar i w głowie i w sercu. Miałam bardzo wyraźne poczucie, że jeśli teraz tego nie zrobię, przez najbliższe lata pochłoną mnie studia, a ja przez wiele lat nie wrócę do tematu.

Bardzo też się bałam.

Tego, że, jeśli przypadkiem zostanę „osobą wierzącą”, okaże się ze będę musiała np pójść do zakonu (śmiech), a w najlepszym razie będę musiała zostać smętną i ponurą chrześcijanką w nudnych ciuchach. Tak kojarzyło mi się niestety chrześcijaństwo (choć musiałam też przyznać, że ci protestanci, których znałam ubierali się normalnie, byli też radości i wyglądali na szczęśliwych.)
Ale lęk to zawsze lęk, często bywa irracjonalny :)

I tak, czując coraz większy ciężar, i jakąś taką dziwną wręcz presję wewnętrzną, walczyłam sama ze sobą przez kilka dni co dalej zrobić.

Cały czas rezonowało też we mnie to moje ukochane zdanie: „Poznacie prawdę, a prawda Was wyzwoli” – i choć nie chciałam poznawać przypadkiem tego ewentualnego Boga, to jednak pragnienie by trzymać się samej „Prawdy” było silniejsze. Aż w końcu stało się to niemal nie do wytrzymania, i  podjęłam decyzje, że ok, będę szukać odpowiedzi.

Jak postanawiam, tak też zrobiłam.
Gdy podjęłam już decyzję, napięcie trochę ze mnie spadło, i nawet dla kurażu powiedziałam sobie coś w stylu: „Ej Magda, nie pękaj! Szanse są nikłe. Na pewno nie zostaniesz wierząca! Musisz po prostu przez to przejść, żeby móc uczciwie powiedzieć, że na pytania nie można dostać odpowiedzi, więc zostajesz agnostykiem i już”  (śmiech)

Miałam też nadzieję zdążyć z tym przed rozpoczęciem studiów, żeby spokojnie wrócić do trybu normalnego życia.

Przy najbliższej okazji poinformowałam Gosię, że zaczynam „szukać Boga i odpowiedzi”, a potem wzięłam się do roboty!

strategia szukania Boga

Podeszłam do sprawy logistycznie, zrobiłam sobie plan działania. Szczerze mówiąc, wiedziałam dokładnie, co mam zrobić. Należało po prostu zrobić wszystko, co się da. (śmiech)

Oto, co zrobiłam:

  1. Dwa kościoły – jedynymi ludźmi jakich znałam, a którzy wiedzieli coś o Bogu lub swojej wierze, to byli ci młodzi protestanci, jednak, chcąc być uczciwa, musiałam przyznać sama przed sobą, że w kościele katolickim,w którym się wychowałam nie zrobiłam „wszystkiego, co się da” i teraz muszę się bardziej wysilić.

    O czym mówię? Wiedziałam, że mój kościół parafialny jest martwy – nic więcej się tam nie dowiem! Dlatego jako nastolatka przestałam tam chodzić. Teraz jednak wiedziałam, że muszę być mniej wygodna, i zwyczajnie poszukać innego katolickiego kościoła. Szybko znalazłam kościół na św. Anny w Krakowie, gdzie kazania były bardziej sensowne.
    Zrobiłam więc sobie plan, że w niedziele będę chodzić do kościoła katolickiego, a w piątki do protestantów. (ponieważ ci drudzy spotykali się również oprócz niedziel w piątki – była to czysto logistyczna decyzja).

  2. Miałam też bardzo silne przeświadczenie, że jeśli jakimś przypadkiem okaże się, że ten Bóg istnieje, to chciałabym, żeby udowodnił mi to niezależnie od denominacji. Szczerze mówiąc, nie do końca umiem wyjaśnić skąd wtedy wzięła się u mnie taka myśl, choć teraz po latach widzę, że tamta decyzja, by wtedy chodzić do dwóch kościołów była bardzo kluczowa dla mojego przyszłego życia.
  3. uczciwość/etyka – była jedna rzecz, do której nie trzeba było mnie przekonywać.

    Chrześcijanie nazywali pewne rzeczy grzechem, ja miałam swoją etykę i moralność. Wiedziałam, że są rzeczy w moim życiu, których robić nie powinnam i z których dumna nie byłam. Ale robiłam je. Z lenistwa, i dlatego „że mogłam”.
    Więc, „grzech”, czy „etyka” – zwał, jak zwał – miałam silne przekonanie, że jeśli zabieram się za szukanie Boga, a tą moją sztandarową wartością jest Prawda (czyli też uczciwość), to te rzeczy muszą zniknąć. Więc nazwałam rzeczy po  imieniu, i zaniechałam ich.

  4. Ta „uczciwość” dotyczyła też innych kwestii – kwestii chorób i wojen.

    Wiedziałam, że dla wielu osób są to argumenty na nieistnieniu Boga, ale dla mnie, w moim sumieniu, były to pytania źle postawione, i wtórne w swojej logice.

    Wg mojego sumienia, należało najpierw dowiedzieć się czy jest ten Bóg, a dopiero potem ewentualnie zapytać Go o zło na świecie. Mam też taką naturę, że nie oskarżam kogoś o nic, dopóki nie zobaczę na własne oczy, że ktoś coś zrobił/robi. Prywatnie nie słucham plotek, i w kwestii Boga również nie widziałam, żeby to On zabijał ludzi na wojnie. Widziałam, że robił to człowiek człowiekowi.

  5. Natomiast, co do chorób – chciałabym to napisać z całym szacunkiem i delikatnością dla osób, które chorują, i które żyją na co dzień w stanie permanentnego bólu  – w tamtym czasie nie było to dla mnie argumentem.
    Być może dlatego, że kwestia choroby i cierpienia była dla mnie bardzo odległa, bo ani ja, ani nikt z mojej rodziny nie chorował (dopiero kilka lat później mój tata zachorował i zmarł na nowotwór, więc świadomość tego, jak drastycznie może wyglądać choroba, stała się również i moim udziałem).
    Natomiast wówczas, gdy miałam te 19 lat, argumentowanie „chorobą i wojnami” byłoby w moim przypadku wymówką. Nie oznacza to też, ze nie byłam/nie jestem wrażliwa na cudzą krzywdę. Po prostu moją wrażliwość rozpalała wtedy zupełnie inna kwestia, która wydawała mi się istotniejsza niż choroby, ale o tym za chwilę.
  6. Nie czytałam Biblii – kochałam książki, i kochałam słowo pisane, ale Biblia była dla mnie suchą ścianą tekstu. Nie byłam w stanie jej czytać. Ale oczywiście znałam dużo biblijnych historii i cytatów.

IKEA

I któregoś dnia, gdy już wszystko było gotowe, w moim pokoju, siedząc na sofie w paski z IKEI, powiedziałam po prostu na głos do tego mojego teoretycznego Boga:

„Boże, nie mam pojęcia czy jesteś, ale zakładając, że jesteś, od dziś będę szukać odpowiedzi na pytania, i będę w tym uczciwa i szczera.”  I przedstawiłam też mój cały powyższy plan działania.
I tyle.

Przez najbliższe tygodnie często wracałam na tę sofę, podsumowując dzień i to, czego się dowiedziałam, lub przedstawiałam nowe tematy. Zawsze robiłam to już na głos, czując, że wtedy sama lepiej systematyzuję własne myśli. Nie czułam jakbym mówiła do jakiegoś Boga, ale nie czułam też, abym mówiła do ściany. Po prostu byłam w pewnym procesie zdobywania wiedzy i działałam intuicyjnie.

detektyw

Od tamtego momentu uczciwie realizowałam swoją strategię. Chodziłam do dwóch kościołów, zadawałam pytania, rozmyślałam, by wieczorem wylądować na sofie z IKEI.

Nie pamiętam za wiele detali z tego okresu, ale przypominało to badanie jakieś sprawy przez detektywa: zbierasz na jednej tablicy wszystko, co wiesz – różne porozrzucane detale, a potem idziesz w miasto i badasz – zadajesz pytania, część rzeczy się wyjaśnia, ale pojawiają się nowe wątki, i tak dzień po dniu, posuwasz się naprzód.

Mniej więcej po kilkunastu dniach, albo może po tygodniu, ku mojemu zdumieniu, zorientowałam się, że coś się zaczęło dziać, że odpowiedzi zaczęły się pojawiać, i że rozpoczął się jakiś proces. Musiałam uczciwie przyznać, że pojawiały się odpowiedzi, o których wcześniej bym nie pomyślała, i wiedziałam, że pojawiają się tylko dlatego, że zaczęłam działać. Nie tylko myśleć i mówić, ale działać.

Uczciwie przyznam, że z tego okresu nie pamiętam za wiele, ale jedna scena wbiła mi się w pamięć:

Byłam w kościele na Św. Anny, usiadłam w pierwszej ławce, i ksiądz, który mówił swoje kazanie powiedział coś, co było akurat odpowiedzią na jedno z moich pytań. Ale ta odpowiedź była tak wyrafinowana, a jednocześnie tak… ciepła…to było tak, jakbym się nagle zorientowała, że kogoś w ogóle obchodzi to, co ja robię (oczywiście nie tego księdza – on był teoretycznie tylko przekaźnikiem)

I nagle poczułam jak oczy mi się zaszkliły, a ja płaczę! Nie wiedziałam co się dzieje.. Cały ten proces „szukania Boga” był dla mnie stricte umysłowy, i nie włączałam w to nigdy emocji. Ale tego dnia siedziałam w tej ławce, i jak ci filmowi macho, którzy nie chcą się przyznać, że coś ich dotknęło, próbują nie ryczeć (śmiech). Ja tak samo próbowałam się powstrzymać.
Pamiętam też minę tego księdza, który co jakiś czas kontrolnie na mnie zerkał. (śmiech)

Czy to był jakikolwiek dowód na cokolwiek? Absolutnie nie :)  Jednak, jak widać po długości tego posta, jestem dość drobiazgowa, więc wspominam i o tym detalu.

najważniejsze pytanie

Uczciwie przyznam, że pytań odnośnie chrześcijaństwa i Boga miałam mnóstwo, ale jedno z nich było najważniejsze, i teraz, po 15 latach tylko to pamiętam z tamtego okresu. I wciąż jest ono dla mnie najważniejsze.

Mój największy problem z chrześcijaństwem polegał na tym, że słysząc przekaz o zbawieniu tylko w Jezusie, moje serce buntowało się. Od jakiegoś czasu wiedziałam jaka jest istota chrześcijaństwa. Znałam Ewangelię, która mówiła:

I rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Mk 16,15

Przesłanie o Bogu-Stwórcy mówiące o tym, że życie wieczne zależy tylko od uwierzenia w Jego Syna, było dla mnie szokujące.

Nie szokowała mnie banalność tych wytycznych. Wcześniej zapytałabym pewnie: „To takie proste?”, ale teraz wiedziałam już, że jeśli Bóg miał taki zamysł, aby było to proste, to nic nam do tego.
Szokowała mnie myśl, że ktoś może być zbawiony tylko dlatego, że „miał szczęście” i urodził się w tradycji chrześcijańskiej, a reszta osób, które są w innych religiach świata ma pecha? Jak miałabym normalnie żyć, wierząc w Jezusa, a jednocześnie wiedząc, że reszta świata ginie? I od kogo oni mieliby się niby o Jezusie dowiedzieć? Ode mnie? To był dopiero hit.
W takim znaczeniu, zostanie chrześcijaninem równało się dla mnie prawie z koszmarem, bo kto chciałby żyć z takim balastem?

Równocześnie miałam wrażenie, że ludzi wokół mnie raczej niespecjalnie interesuje życie po śmierci, a już na pewno jeszcze mniej życie po śmierci innych ludzi.

Większość interesowało bardziej własne szczęście, własne choroby, własne powodzenie. Katolicy, których znałam uważali wiarę za „prywatną sprawę”, protestanci wydawali się być co prawda bardziej świadomi, ale jednocześnie żyli sobie, w moim przekonaniu, szczęśliwie. Nie wiedziałam jak to w ogóle możliwe?  W pewnym sensie, będąc co prawda osobą niewierzącą, czułam się samotna w tym myśleniu.

To pytanie o innych ludzi wracało do mnie jak bumerang. To właśnie ta kwestia, ewentualne zbawienie innych ludzi pochłaniała moją wrażliwość, nie choroby.

Ogólnie ten okres szukania odpowiedzi wspominam jako ciężką harówkę – mozolnie przebijałam się ze swoimi poszukiwaniami do przodu.

Pamiętam też kryzysy.

kryzysy

W kryzysowych momentach słyszałam głos, który mówił mi coś w stylu:

Po co Ci to, Magda? Po co drążysz temat, nikt od Ciebie tego nie oczekuje – wystarczy, że zdecydujesz, że wierzysz w Boga i będziesz chodzić sobie do kościoła i ludzie Ci przytakną; a jak zdecydujesz, że nie wierzysz, to ateiści też Ci przytakną. Po co się tak męczysz, jest środek wakacji. Nikt od Ciebie tego nie oczekuje, nie wymaga„.

I gdy patrzyłam na rzeczywistość, i ludzi mnie otaczających, wiedziałam, że to jest prawda – nikt z mojego otoczenia (no może z wyjątkiem tej garstki protestanckich znajomych) nie zawracał sobie głowy Bogiem, nikt nie traktował Go poważnie.

Czułam, że sama siebie wysłałam w podróż, o której nawet nikt nie wie (śmiech), wymagając od siebie ekstremalnej uczciwości, której nikt nawet faktycznie nie oczekuje.
Czułam jednak, że nie ma już powrotu..
Kiedyś w górach miałam pewną przygodę, i tak jak w górach w pewnym momencie nie da się zawrócić, tak i tu, też już się nie dało.

Jednocześnie wiedziałam, że to co robię, jest najbardziej racjonalną rzeczą, jaką można zrobić. Wydawało mi się absurdalne, że można żyć na świecie zupełnie bezrefleksyjnie, nie zastanawiając się w ogóle kim jesteśmy, i nie podejmując żadnej próby dowiedzenia się czy jest Bóg (oczywiście jeszcze miesiąc temu ja też nie podejmowałam tej próby).

Nie miałam na myśli tego, aby bezrefleksyjnie w Niego wierzyć, ale aby podjąć próbę poszukania Boga. Wydawało mi się to najważniejszą rzeczą, jaką człowiek ma zrobić na Ziemi.

Bóg jest zawsze na czas

Mniej więcej w ostatnim tygodniu września dotarłam w moich poszukiwaniach do ściany.

Czułam, że zrobiłam już wszystko, co mogłam, zadałam wszystkie pytania, wysilałam się, byłam naprawdę zdeterminowana.

I byłam też wykończona. Psychicznie i fizycznie.
Czułam ogromne zmęczenie. Miałam dość.

Zanim zaczęłam szukać, myślałam, że to będzie intelektualny wysiłek, pod koniec którego po prostu dowiem się, że jestem niewierząca. Tymczasem tutaj, owszem, dokonałam tego wysiłku, ale bardziej czułam, że w mojej głowie jest jakiś ogromny chaos.
Myślałam o moich studiach, o tym, że zaraz je zaczynam, a ja właściwie jestem w stanie jakiejś psychicznej rozsypki, która zdaje się nie mieć końca. Nie wiedziałam co właściwie dalej.

I ponieważ wiedziałam, że już więcej na tamten moment nie da się zrobić, po prostu zdecydowałam, że pojadę do centrum miasta, aby się przejść i przewietrzyć głowę.

I wtedy to się stało !!!! 

Ale tego, co się stało nie da się opisać słowami, szczególnie słowem pisanym, ale spróbuje :D

Szłam ulicą, i nagle, z sekundy na sekundę, z minuty na minutę, zaczęły spływać na mnie fale zrozumienia, mądrości i wiedzy! Nagle zaczęłam wszystko rozumieć! Ale to nie przypominało ludzkiego rozumienia! Wiedziałam, że ogrom tego, co nagle zrozumiałam, ale i szybkość, z jaką to się stało, jest ponadnaturalne!

W filmie „Matrix” jest taka scena, gdzie Morfeusz wgrywa do umysłu Neo program komputerowy, po którym Neo nagle zna sztukę walki, której nauka zajmuje kilka lat. To było coś podobnego!  Tak, jakbym nagle w ciągu minuty nauczyła się języka chińskiego! Z całą jego składnią, z gramatyką, z akcentami, z niuansami! To było niemożliwe po ludzku, ale jednak to się działo! Byłam zszokowana i zachwycona!

To nie było nic ludzkiego, nie olśnienie, nie pomysł, na który się wpada.  Wiedziałam, że to Bóg, i że On odpowiedział! I to w sposób, którego nigdy nie oczekiwałam, ani nie mogłabym sobie wyobrazić.

Zrozumiałam wtedy m.in., że:

  1. Bóg jest i niczego mi nie odbiera, wręcz przeciwnie – może zabrać tylko te fatalne rzeczy, które mu z własnej woli oddamy, i On zwraca je cudownie przemienionymi w coś dobrego!
  2. Że jego przykazania są tylko po to, aby nasze życie prowadzić do szczęścia. I że jest to „jak byk” zapisane w Biblii  z miłości.
  3. Zrozumiałam, że postać Jezusa nie jest z tego świata. Czytałam mnóstwo książek, ale zrozumiałam wtedy, że człowiek nie umiałby wymyślić Jezusa, ponieważ nasz sposób myślenia jest inny!
    Jezus miał zupełnie inną sprawiedliwość niż my, i zaczęłam widzieć i rozumieć, że nie myślał ludzką mentalnością. Wiedziałam, że nikt, a już w szczególności Żydzi obwarowani swoimi 613 nakazami&zakazami, nie mogliby wymyślić, że jeden jedyny człowiek, może zapłacić swoją śmiercią i usprawiedliwić występki innych ludzi – wiedziałam, że my ludzie mamy inne standardy sprawiedliwości, i wiedziałam, że w naszej mentalności i sprawiedliwości śmierć jednego człowieka nie byłaby wystarczająca.
  4. Zrozumiałam, że całe życie szukamy Boga, i w całym naszym życiu chodzi tylko o to, czy Go znajdziemy. Miałam przed oczami całe swoje życie, i widziałam, że w swoich najgłębszych tęsknotach i pragnieniach chciałam znaleźć Boga, choć nigdy wtedy tego tak nie nazwałam. W tej historii też to widzicie: mnie pociągała Prawda, nie żaden Bóg, ale ponieważ Jezus jest tą Prawdą – On sam o sobie powiedział, że „jest Drogą Prawdą i Życiem” J 14,6 –  to w końcu musiałam się zderzyć z Jezusem :) Od tamtej pory widziałam też dokładnie, w których momentach ludzie niewierzący podświadomie szukają Boga, tak jak i ja kiedyś.
  5. Zrozumiałam, że Bóg niczego mi nie odbiera, że nie będę musiała iść do żadnego zakonu (śmiech), że będę mogła robić co tylko sobie zamarzę, ale ludzie będę się nawracać w moim towarzystwie właśnie dlatego, że będę taka normalna, blisko nich.
  6. Nagle Biblia stała się dla mnie wielowymiarowa. Wcześniej była jak lustro weneckie – patrzyłam, ale nic nie widziałam! Szczególnie pamiętam moment, gdy powiedziałam komuś, że to wszystko jest tak, jakbym się nagle na nowo urodziła! Wszystko było nowe!
    To wciąż byłam ja, ale tak, jakbym zaczęła od początku i wszystko widziała już inaczej! I ktoś mi wtedy przypomniał, że Jezus właśnie tak to opisał:  „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego” J 3,3. Jezus dokładnie opisywał to, co przeżyłam!
  7. Zobaczyłam, że moje życie  z Bogiem będzie cudowne, i że nigdy już nie zamieniłabym tego na nic innego! Natknęłam na prawdziwy skarb! Pamiętam też, że mówiłam, że jeśli życie z Bogiem jest jakąś niewolą, to ja się teraz w nią w ciemno rzucam! (śmiech). I powiedziałam wtedy, że taka niewola jest słodka! To również powiedział Jezus: „(…) Alebowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” Mt 11, 28-30
  8. Miałam też świadomość dlaczego to całe zrozumienie przyszło akurat w tym momencie, i w ogóle dlaczego właśnie się wydarza: bo szukałam Boga, i robiłam to szczerze.
    Wiedziałam,że gdybym nie podjęła tamtej decyzji  o „szukaniu Boga”, nic by się nie wydarzyło, dalej żyłabym w nieświadomości. Potem już znalazłam wielokrotnie fragmenty, w których Bóg jasno mówi, że szukać trzeba szczerze, np: „Będziecie Mnie szukać, i znajdziecie Mnie, alebowiem będziecie Mnie szukać z całego serca. Ja zaś sprawię, że Mnie znajdziecie(…)” Jr 29,13-14
    Więc ta ekstremalna dla mnie uczciwość, której nikt nie widział – Bóg ją widział!!
  9. I wiele wiele innych rzeczy, na które teraz nie jest czas i miejsce, natomiast część z nich opisuje, żeby oddać powód dla którego uwierzyłam – ogrom mądrości i wiedzy i zrozumienia, który nagle na mnie spłynął nie był ludzkim, wiedziałam, że to Bóg! To już nie była wiara, to była wiedza!

I od tamtej pory Bóg był dla mnie kimś cudownym, pamiętam, że na początku trwałam w zachwycie, i ciągle do wszystkich powtarzałam: „To niesamowite! To niesamowite!” (śmiech).  Przez kilka pierwszych dni też z wrażenia nie jadłam!

Gdy już to wszystko do mnie dotarło, moje pierwszą myślą było: „Trzeba to ludziom powiedzieć! Dlaczego nikt tego ludziom nie mówi??!” ,„Trzeba z tym iść do Wojewódzkiego!” (śmiech). To był wtedy jeden z moich ulubionych programów telewizyjnych, w mojej opinii zbierała się tam intelektualna elita kraju (śmiech), a rozmowy były na poziomie. Oczywiście wiedziałam, że to brzmi absurdalnie, i nigdzie mnie nie wpuszczą, ale rozdźwięk między życiem, jakie wcześniej prowadziłam, a tym, co pokazał mi Bóg, był ogromny.

Przeżyłam bardzo ciężki szok, że Bóg jest, ale bardziej, że On odpowiada, że jest realną osobą, i że można Go znaleźć. Potem, z czasem poznawałam Go coraz lepiej.

Tymczasem to jeszcze nie koniec, bo potem przyszła druga część tego doświadczenia.

Julianne Moore

Załóżmy, że to co opisuję wydarzyło się we wtorek, a na środę lub czwartek miałam wykupione bilety do kina. W normalnej sytuacji nie poszłabym raczej do kina, bo właśnie poznałam Boga i mogłam rozmawiać tylko o tym :D

Jednak bilety były dawno temu wykupione, więc po prostu poszłam. Był to nocny maraton filmowy w Kinie Pod Baranami w Krakowie, tematem przewodnim były filmy z Julianne Moore. Wybrałam się tam razem z koleżanką i jej mamą.

Po 15 minutach od rozpoczęcia pierwszego seansu musiałam wyjść z kina :(

W jednej z początkowych scen zadziało się coś (szczerze mówiąc nie pamiętam co dokładnie – coś złego lub brutalnego), a ja poczułam, że takie rzeczy nie mogą się wydarzać, gdy już żyjesz z Bogiem. I dotarło do mnie, że gdyby aktorzy znali Boga – nie zagraliby w tym filmie, gdyby reżyser znał Boga – nie zrobiłby tego filmu, gdyby scenarzysta znał Boga, nie napisał by tego scenariusza itd etc I nagle dotarło do mnie jak wiele ludzi na świecie nie zna Boga. Wiedziałam, że gdyby ludzie przeżyli to, co ja, nic z tego co robili do tej pory, nie byłoby już dla nich atrakcyjne! Wszyscy byśmy wszystko rzucili i gadali o Bogu! (śmiech)

I nagle, gdy sobie to uświadomiłam, że ludzie nie znają Boga, poczułam tak straszny ból.. nie do opisania…nieporównywalny do niczego. Czasem ogarnia nas ból, gdy komuś, kogo kochamy dzieje się krzywda, wtedy, gdy ktoś cierpi, cierpimy i my. Ale zwykle dotyczy to wybranych osób. A tutaj nagle ból był tak ogromny i zwielokrotniony, jakby każdy na świecie był moim bliskim.

Nie dało się z tym bólem funkcjonować, normalnie żyć. Miałam wrażenie, że oto nigdy już nie minie..

To, co przeżyłam wcześniej z Bogiem było cudowne. Ale to drugie doświadczenie sprawiło, że sytuacja diametralnie się zmieniła, pytałam sama siebie: „Jak ja mam żyć z tym bólem, jak mam na co dzień funkcjonować?? Co ja mam teraz zrobić??”

I pamiętam, że skontaktowałam się z osobą, która miała akurat wtedy dla mnie czas, a o której wiedziałam, że nawróciła się co najmniej rok temu, więc wiedziałam, że jest bardziej doświadczona, i spytałam:

  • Czy Ty też czujesz coś takiego??? (z nadzieją)

Ale ona powiedziała, że nie. Nic takiego nie czuła. I pamiętam, że siedziałyśmy obie, trzymałyśmy się za ręce i modliłyśmy się o tę sytuację.

Wiedziałam, co muszę zrobić.

 Paul&Karen Whitley

Wiedziałam, że muszę pójść do najmądrzejszych ludzi w chrześcijaństwie, jakich znałam. I była taka para amerykańskich misjonarzy – Paul i Karen Whitley, których kojarzyłam z widzenia, ale nigdy z nimi nie rozmawiałam. Ilekroć ich widziałam bił z nich niesamowity pokój, ale też mądrość. Dlatego wzięłam ze sobą tę samą koleżankę, która, tak się składało, była też ich tłumaczem i po jakimś nabożeństwie, znalazłyśmy ich. Miałam zamiar opowiedzieć im dokładnie tę historie, i miałam nadzieję, że mi powiedzą, co to jest, a najlepiej „Jak się tego pozbyć?” (śmiech)

I opowiadałam im tę historię, i widziałam, że na ich twarzach maluje się co prawda szacunek do mnie, i tego, co mówię, ale byli oni pełni spokoju. Ja wymachiwałam rękoma, gestykulowałam rozemocjonowana, a oni słuchali tego niewzruszeni, jakby codziennie przybiegał do nich taki szaleniec jak ja! To mi dało nadzieję, że w takim razie oni coś wiedzą!

I gdy skończyłam, Paul ze spokojem powiedział:

„Magda, Bóg Cie bardzo kocha i ma dla Twojego życia wspaniały plan. A to, co poczułaś to serce Boga, a serce Boga jest złamane„.

I wtedy już wszystko zrozumiałam jako całość.. Ja zarzucałam Bogu okrucieństwo i niesprawiedliwość, bo los innych ludzi naprawdę mnie interesował. I zrozumiałam, że Bóg w odpowiedzi pozwolił mi odczuć swoje serce. Jemu zależało nieskończenie bardziej…. Ból, który odczułam był nie zniesienia.
Tak jak pisałam, my jako ludzie, możemy kochać tylko niewielu ludzi, cierpimy, gdy umierają ci, których kochamy, lub gdy dzieje się im krzywda. Ale pomnóżcie sobie tę stratę przez liczbę ludzi na świecie wszystkich czasów, a otrzymacie ból serca Boga nie do pojęcia ludzkim rozumem. Bóg kocha i tęskni za każdym człowiekiem, i nie chce aby ktokolwiek zginał, ale żył z Nim na zawsze.

„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” J 3,16

a w gratisie poszerzę ci serce

I ten ból się zmniejszył, i mogłam normalnie funkcjonować, ale od tamtego momentu Bóg na zawsze poszerzył moje serce, i czuję miłość do ludzi, o której wiem, ze nie jest moją miłością. Cierpliwość i łagodność, jaką do nich mam, wiem, że nie jest moja. Potrafię wybaczać i nie gniewać się na nikogo, bo wiem, że ludzie błądzą po omacku, tylko dlatego, ze nie znają Boga. I, że ja również byłam w takim miejscu.
I również dlatego zawsze widzę też w ludziach niesamowity potencjał (nawet tych już dawno skreślonych przez innych) bo wiem jak wiele może się zmienić, jeśli tylko zdecydują się oni pojednać z Bogiem. I to jest moje największe marzenie, żeby wszyscy ludzie poznali Boga i byli zbawieni.

I choć żyje i funkcjonuję normalnie na świecie – mimo, że uwielbiam swoje życie, kocham projektować, kocham się wygłupiać, kocham moich przyjaciół – to to nie są jakieś moje priorytetowe cele w życiu. Moje marzenie jest takie, żeby każdy człowiek poznał Boga :)

… koniec

Miałam pokusę, żeby skrócić, albo chociaż ocenzurować to świadectwo.
Szczególnie moment „bólu” był dla mnie wątpliwy – „kto to zrozumie?!” ale potem pomyślałam: „Magda, wariatko! Chcesz ocenzurować Boga? (śmiech) I jeszcze z czego? Z Jego miłości do ludzi?” :)
Dlatego zostaje, jak jest :) I całe to świadectwo jest też takim moim prezentem dla Boga. Gdy ktoś mówi źle o Bogu to łamie mi się serce, bo jest On osobą, która najmniej na to zasługuje, i jest najbardziej niezrozumianą Osobą na świecie, jaką poznałam :)

I tak ja się nawróciłam :)  Taka jest moja historia. Potem spotykałam wielu wielu ludzi i historia każdego chrześcijanina była inna :)

Ja się musiałam przekopywać przez wiele kłamstw na temat Boga w moim umyśle, ale wiem jedno: intelekt nie jest przeszkodą w poznaniu Boga (wręcz przeciwnie, jeśli mądrość lub wiedza są dla Ciebie ważne, to Bóg pokaże Ci takie rzeczy, że z krzesła spadniesz).

Przeszkodą nie jest intelekt, przeszkodą jest niechęć.

Każdy z nas ma wolną wolę  – ja dopuszczałam do siebie myśl, że może istnieć Bóg, jednak nie chciałam Go znać, ponieważ wolałam kierować moim życiem po swojemu. Paradoks polega na tym, że jest to kłamstwo, bo życie z Bogiem jest cudowne i nigdy nie wróciłabym do swojego starego życia.

Potrzebna jest również szczerość – taka, gdy nikt nie patrzy.

dziękuje

Chciałabym podziękować Radkowi Siewniakowi, bp Grzegorzowi Rysiowi, Agacie Strzyżewskiej oraz Karolowi Sobczykowi – to są osoby, których nawet nie znam osobiście, ale których działalność (chwała Bogu za Internet i Facebook’a!) dodała mi sił i wsparcia, gdy w moją stronę leciały oskarżenia ze strony nieprzyjaciela, że może niepotrzebnie stawiam tego bloga, cóż ja sobie wyobrażam i kim ja w ogóle jestem. (śmiech)

Ale dzięki tym osobom mogłam zawsze znów na nowo zobaczyć w sobie wizję i pasję dla tego, co tworzyłam. Zrozumiałam też, że marzenia, które wkłada nam w serca Bóg zawsze przekraczają nasze wyobrażenia.

My, ludzie, mówimy „Sky is the limit”. Śmiem polemizować, i twierdzić, że limitem dla ludzkich marzeń jest nasza wyobraźnia. Nie zamarzymy o tym, czego nie potrafimy sobie wyobrazić. Natomiast wyobraźnia Boga przewyższa naszą, i gdy Bóg zaszczepi w Nas swoje marzenie, przekracza ono nasze wyobrażenia.
Gdy to zrozumiałam, rozluźniłam się i pomyślałam, że wszystko ze mną w porządku! (śmiech)

A prywatnie chciałabym podziękować Gosi ( dziękuję, że zadałaś mi to „naiwne pytanie”!!!). Ani Dulbie, Justynie, Klaudii i Magdzie. To są osoby, które dłużej lub krócej podróżują ze mną w wierze. Czasem jedno Wasze zdanie, ale wypowiedziane w wierze, zmienia wiele!!

Dzięki !!!

Kochanemu Bogu – z wdzięcznością.

„Pan spogląda z nieba 
na synów ludzkich, 
badając, czy jest wśród nich rozumny, 
który szukałby Boga.”

Ps 14,2